markut blog

Twój nowy blog
Budzik zadzwonili o 5.20 rano. Znowu trzeba bylo wstac wczesnie aby dostac się na stacje kolejawa skad odchodzil pociag do Machu Picchu a właściwie do Aquas Caliente. I to nie  byle jaki pociag. Wiedzialem, ze będzie w miare luxusowy ale nie spodziewalem się zobaczyc porządnej biznes klasy J Duze wygodne siedzenia przy stolikach, czesciowo szklany dach umożliwiający podziwianie Gorskich widokow podczas 3,5h jazdy. W miedzyczasie zaserwowano nam zdrowe sniadanie, porozmawialiśmy z siedzącym przy wspolnym stoliku Teksańczykiem by ostatecznie dojechac do Aquas Calientes, malutkim miasteczku położonym w dolinie otoczonym masywnymi gorami. Gdybym miał wiecej czasu może i zdecydowałbym się na trekking na gore, ostatecznie zdecydowałem się wsiąść w autobus który po 30 minutach “stromej wspinaczki” dowiozl nas dosłownie pod glowne wejscie do Machu Picchu. 
Pierwsze wrazenie się porażające!!! Ruiny na gorze otoczone SA masywnymi gorami. Duzo zieleni, błękitne niebo, przebijające się przez kilka chmur ostre slonce pieknie oświetlające pozostałości inkowej osady. Trudno to opisac slowami, także od razu odsylam tu do zdjęć. Komentarz chyba jest zbędny! 
Majac do dyspozycji 7 godzin wybrałem 2 trekkingowi trasy. Pierwsza nieco ktotsza na Inka Bridge oraz druga, zdecydowanie trudniejsza do znacznie wyzej położonego Inka Punku. Stad tez roztaczal się zapierajacy dech w piersiach widok na Machu Picchu i sąsiadujący z nim Wayna Picchu. Widok zdecydowanie wart był towarzyszącej w pelnym sloncku wspinaczce zadyszki!
Po obejrzeniu z bliska ruin zjechałem autobusem na dol w poszukiwaniu dobrego obiadu J Za rekomendacja Lonely Planet udalem się do Incaterra Cafe, gdzie przyrządzono mi wysmienita sałatkę z avocado jako starter,  stir fry wołowinę na danie glowne oraz creme caramel na deser. Nalezal mi się porządny posilek po kilkugodzinnym Gorskim spacerze!
W drodze powrotnej w pociągu zaprezentowano nam krotki program artystyczny, tance i lokalna muzyka na zywo oraz….. Pokaz mody !!!! Modelki i modele reklamowali swetry, plascze i inne produkty wykonane z welny z lamy. Zaskoczyli tym wszystkich i w sumie rozbawili tym wszystkich pasażerów pociągu. Po powrocie do hotelu po prostu padlem na lozko. Kolejny intensywny dzien i niezapomniane widoki!
Nie bylo lekko… zaraz po przylocie do Cuzco od razu zabralismy się za zwiedzanie miasta. Cuzco naprawde mnie urzeklo.. Nie spodziewalem się będzie takie czyste, zadbane i  klimatyczne. Zaczelismy od spaceru po El Mercado San Pedro, gdzie lokalni zaopatruja się w mieso, warzywa, owoce oraz zboza. Sporo ludzi ubranych w tradycyjne stroje peruwiańskie dodaja temu miejscu niesamowity klimat. Sterylnie czysto jak hale targowa, zadnych much przy miesie czy innych nieprzyjemnych zapachow. Skusilismy się na swierzy Koktail mangowo- pomarańczowy, mmm, miod, cud ultramaryna! ;-)
Tradycyjnie bedac w nowym miescie po prostu przechadzałem się waskimi uliczkami wypatrując detale do sfotografowania… Po drodze natkalem się na kilku pucybutow, parade przedszkolakow oraz sporo pan w lokalnych kolorowych strojach! Po kawie i masywnych ciescie zdecydowaliśmy się wspiac troche wyzej i tu “zaczely się schody”… Odrobina zwiekszonej aktywności i od razu odczuwa się wysokość na ktorej położone jest Cuzco…3326mnpm.. Lekki brak tchu, może nie zawroty glowy, ale zdecydowanie czulem się spowolniony, do tego jeszcze bol glowy – typowe symptomy Soroce,  na które lokalni znaleźli sposób w postaci zucia  lisci koki, pomaga!
Ostatecznie dotarlismy jednak na jedno ze wzgorz Cuzco z którego podziwialiśmy widok na cale miasto, tutaj tez natknęliśmy się na właścicieli malej stadniny koni, którzy zaoferowali nam przejażdżkę konna. Nie wazne ze nie mam prawa jazdy na konia, ze trasa prowadzila dalej w gory, zapewniono nas ze konie SA spokojne przyzwyczajone do amatorow i nie powinny szalec. No i nie szalały! 3 godzinna wycieczka okazala się wyśmienitym sposobem na zwiedzenie pobliskich ruin, jaskin, podziwianie Gorskiego krajobrazu oraz podszlifowanie hiszpańskiego…. Gadu gadu, od slowa do slowa i poprosiliśmy naszego przewodnika o polecenie dobrego miejsca gdzie zaserwowano by nam świnkę morska – tutejszy specjal… Oczywiście znal kilka miejsc ale zarekomendowal abyśmy sprobowali tego przysmaku w najbardziej autentyczny sposób – nie w restauracji ale w domu jego przyjaciol. Czemu nie! 
Po dotarciu na miejsce zastanawiałem się czy to była dobra decyzja.. Duze ciemne pomieszczenie, na podłodze ubita ziemia, na srodku Duzy stol przy którym siedziała cala rodzina, pod sciana telewizor, duza kuchnia gazowa, pod sciana koleny stol gdzie na usadzono i w kolo pelno jakis misek i wiader…. No i fakt ze po tej izbie chodzily wolno kurczaki, koty oraz około 20 swinek morskich…..Wszyscy bardzo mili, wymieniamy uprzejmości, krotkie przedstawienie i przezchodzimy do rzeczy… Na poczatek mamy wskazac, ile swinek chcemy na obiad i… która chcielibyśmy wybrac….. Naprawde?? Traktujac to jako eksperyment a nie wielka uczte poprzestaliśmy na wyborze jednej bialo brazowej swinki, nie pytaliśmy jak się nazywala… Caly proces lapania, bicia ( a właściwie odciągnięcia silnym ruchem Glowy od reszty ciala), golenia i patroszenia dzial się na naszych oczach, co nie było za przyjemne, nie mielismy jednak odwrotu, sami się o to prosiliśmy. Swinke po wszystkich zabiegach usmażono na glebokim ogniu i podano nam z warzywami w ciagu godziny. Smak? Niby wyśmienity, ale musze przyznac, ze każdy kes powoli przechodzil przez przelyk. Raz się zyje! Czy zdecydowałbym się zamowic taka potrawe jeszcze raz? Na pewno nie w tej formie, może gdyby serwowali steki ze swinki, a nie jak nam podano calego zwierzaka z Glowa, uszami oraz konczynami z pazurami… Nie moglismy jednak nazekac  na brak wrazen! Wystarczylo jednak tego wszystkiego jak na jeden dzien i wróciliśmy do naszego hotelu na spoczynek.
 
Ladnych kilka lat minelo od ostatniego wpisu ale zasugerowano mi abym reaktywowal bloga na kolejne dwa tygodnie i tak tez wlasnie robie. Okolicznosci jak najbardziej sprzyjające, jest godzina 2:46 rano, oczy szeroko otwarte, jet lag w pelni – Witamy w Limie!
Od kilku lat chciałem już wrócić do Ameryki Poludniowej, ale jakos się nie składało. Zawsze wywiewalo mnie na Wschod. Po poniższym wpisie z Indonezji, w kolejnych latach odwiedzielem Dubai i Malediwy, nastepnie Moskwe, Chiny, oraz Filipiny i Brunei, gdzie  było rewelacyjnie, ale czas najwyższy zmienic kierunek i w ten sposób znalazłem się w Peru.
Robak, tradycyjnie krotkie sprawozdanie samolotowe specjalnie dla Ciebie. Lecialem Iberia- sreria, gdzie stewardesy niczym w aeroflocie z ciągłym fochem na twarzy rozdaja w miare dobre jedzienie. Maszyna z LHR do MAD, jak kazda inna na krotkiej trasie, ale A340 z MAD do LIM zdecydowanie powinnien pojsc na lifting.. Dawno już nie widziałem kaset VHS, a wlasnie z takich puszczali nam jakies Hallmarkowe tanie filmy. W tym względzie Emirates nic nie pobije ;-)
Sama podroz nie była strasznie meczaca, chcociaz  był to dlugi dzien.. Pobudka o 3:30am, 2hrs do Mad, kolejne 12 do Limy i ladowanie 17:30 i poza lotniskiem jeszcze nic nie widziałem. Chociaz pierwsze wrazenie bardzo pozytywne. Terminal na kt wyladowalem wydal się być bardziej nowoczesny niż LGW, bagaz przybyl w ciagu kilku minut, nie mówiąc o szybkim przedostaniu się przez kontrole paszportowa, mily kontrast po londyńskich godzinach potrzebnych do wyjscia na powietrze.
Transport zorganizowany przez mój hostel również już czekal i tu pierwsze spotkanie z Peru. W samochodzie wesola Salsa, z lusterka na przedniej szybie zwisal rozaniec, oprocz tego kilka obrazkow ze świętymi powtykanymi gdzie się da aaaa i oczywiście gadatliwy kierowca Paco z kilkoma srebrnymi/zlotymi koronkami. Na ulicach jakos spokojniej niż mogloby się wydawac, ale jechałem dosłownie chwile – mój hostel niedaleko lotniska skad o 5:40 mam lot do Cuzco, Lime zostawiam sobie na koniec!
Pay Purix hostel czysty i przyjemny, swieza pościel i reczniki oraz wygodne lozko, poki co nic wiecej mi nie potrzeba, no może jeszcze WIFI dzieki czemu mogę załadować powyższy text i… przebrnac w ten sposób przez bezsenność. Czas się pakowac, wracam na lotnisko.

Lizbona

1 komentarz

Weekend z porto byl boski. Po prawej zdjecia w galerii!

Pora zaczac wycieczke roku 2009… Jutro zmykam przez Dubaj do Jakarty skad juz tylko rzut beretem do Yogyakarty w srodkowej Jawie, gdzie znajduja sie najwieksze zespoly swiatyn buddyjskich. Stamtad w jakis sposob musze sie dostac na Bali aby wylegiwac sie w sloncu, wyciszyc podczas yogi oraz przeprawic sie przez jungle na sloniu. Nastepnie kierunek polnocny, Kuala Lumpur, Hong Kong, Macau i powrot do Europy… 

Azjo, przybywam!

+32′C

Brak komentarzy
Londyn sie gotuje! W metrze dzis uslyszane:

„In this hot weather conditions it is advisable to carry a bottle of water with you, do not board trains if you feel unwell and, if you are feeling unwell, contact a member of staff who will be able to help”
Pan driver potraktowal dzis sprawe mniej powazniej: ’step right this way for the sauna, ladies and gennelmun…unfortunately towels are not provided’…
Wracam na balkon! Pa!

Niestety, lato gdzies tylko w naszej wyobrazni… Po dwoch weekendach naprawde upalnych, spedzonych z truskawkami i szampanem w Green Parku przyszedl czas na domowe wspomnienia lata ogladajac zakurzone zdjecia z wakacji… Do urlopu cale wieki, nic w miedzyczasie sie nie szykuje. Dziwnie!

W ciagu tygodnia regularnie squash, french, bar. Nihil novi sub sole. 

1 Aprilis

Brak komentarzy

8 milionowy Londyn znowu zmaga sie z problemami, tym razem City sparalizowane nie przez 20 cm sniegu, ale przez wiosenna 3000 manifestacje (protestacje jak niektorzy mawiaja…) w zwiazku ze szczytem G20… I znowu 2 dniowa opcja pracy z domu, zakaz chodzenia po miescie w koszuli czy marynarce w godzinach 9-17.30, znowu usprawiedliwione 30 minutowe spoznienie do pracy, chcecie to macie! Media troche wyolbrzymily sprawe, ale londek tym razem dobrze przygotowany. Jutro manifestacji ciag dalszy… Czyzby 2 poranek bez kawy z Preta? 

W pracy overloaded, totalnie…Nie pamietam juz, ze niedawno 2 razy bylem w 3miescie, bardzo zimowym wiosennym 3miescie. Kilka dodatkowych godzin z cyferkami zastepuja mi leniwe wieczory przed TV,obrazona prywanta Toshia zazdrosna o Lenovo… Na szczescie weekendy moje! Poza tym juz 17 na plusie i 3 dni wolnego juz od jutra. 
W piatek witam Prage – ponowne spotkanie z Ramseyem i sobotnia opera Mozarta… 
Czy nie za duzo cyferek w tym tekscie? Na szczescie tutaj bez analizy…

Mam nadzieje, ze sniegi juz stopnialy na LGW i ze jutro w poludnie planowo wylece do Valencji. Przedluzony, relaksacyjny weekend – byle z dala od zimy i sniegu londynskiego :-)  

Zczekinowany jestem, teraz warto by sie spakowac…
Hasta lunes amigos!

Ostatni weekend spedzony we Francji. Po 7 latach znowu wrocilem do Paryza (wczesniej mojego miasta number one)  by odnalezc ulubione miejsca, posiedziec w cafejce na Montmarte, pospacerowac przy Sekwanie i napawac sie widokiem mrugajacej tysiacem flashy wiezy Eiffela. Wyjazd tym razem dobrze zorganizowany i przemyslany, ktorego glownym celem byla praktyka jezyka francuskiego – w koncu jechalem z trojka dobrych juz znajomych z St Giles College, gdzie razem chodzimy na kurs jezykowy. Chyba nalezy nam sie 5, nie mielismy problemow z porozumieniem sie  i … po kilku kieliszkach wina uzywalismy francuskiego nawet miedzy soba… albo przynajmniej tak nam sie zdawalo hehehe…

Na pewno wyjazd ten mocno nas zmotywowal do dalszej nauki francuskiego i mamy nadzieje, ze to byl dopiero poczatek wspolnej praktyki. W koncu Francja jest tak blisko… Smiesznie, dzieki Eurostarowi z centrum Londka do samego serca Paryza dostalismy sie w 2,5h. Przejazd do Manchesteru zajal by nam o wiele wiecej a do tego jeszcze szampan na powitanie, 3 daniowy obiad – uroki pierwszej klasy – travel with style…
Dzisiaj w domu, jutro takze relax na Wapping. Musze powtorzyc hiszpanski – od piatku dlugi weekend w Walencji!

  • RSS